IV Spotkania z gatunkami: western

15 Kwi

IV konferencję z cyklu SPOTKANIA Z GATUNKAMI postanowiliśmy poświęcić najbardziej amerykańskiemu z gatunków filmowych, WESTERNOWI.

Łukasz Plesnar wskazuje, że western obok komedii (której przyglądaliśmy się podczas trzecich Spotkań z gatunkami) jest najstarszym gatunkiem filmowym. Rick Altman pisał zaś, że z kulturowego punktu widzenia należy (…) położyć nacisk na wartość westernu jako gatunku ściśle amerykańskiego, doskonałego tygla ludów – szczególnie w okresie narastających niepokojów związanych z nieuregulowaną w żaden sposób imigracją.

Czy mimo ponad wieku istnienia western wciąż okazuje się gatunkiem żywotnym, pozwalający na kreację treści widowiskowych i artystycznych? Czy jednocześnie nadal przynosi on producentom zyski, a w oczach widzów okazuje się niezmiennie atrakcyjny?

W ramach konferencji chcielibyśmy przyjrzeć się m.in.:

– prehistorii westernu, jego korzeniom w kulturze i sztuce amerykańskiej;

– formowaniu gatunku filmowego, jego wczesnego, niemego okresu;

– westernowi w złotym okresie Hollywoodu;

– erze antywesternów i spaghetti westernów;

– współczesnemu westernowi realizowanemu przez takich twórców, jak Quentin Tarantino, bracia Coen, Alejandro Inarritu oraz Gore Verbinski;

­– westernowym seriom kinowym, charakterystycznym bohaterom i gwiazdom kina westernowego;

– reżyserom szczególnie chętnie zajmujących się westernem takim, jak Howard Hawks, John Ford, Sergio Leone, Sam Pekinpah i John Sturges;

– reaktualizacjom westernowym m.in. w kinematografiach europejskich;

– westernowym serialom telewizyjnym i estetyce westernu w telewizji.

Konferencja odbędzie się 20 oraz 21 maja w Łodzi na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego (ul. Pomorska 171/173).

Do refleksji zapraszamy przedstawicieli wszelkich dziedzin humanistycznych ze szczególnym uwzględnieniem filmoznawców, kulturoznawców oraz medioznawców.

Na Państwa zgłoszenia i abstrakty (do 300 słów) czekamy do 10 maja. Zgłoszenia prosimy przesyłać na adres konferencje.krytykow@gmail.com.

Udział w konferencji jest bezpłatny.

Reklamy

„Kolekcja sukienek” (2015), reż. Marzena Więcek

6 Sty

Mikołajkowy wieczór. Mijam Plac Zbawiciela i docieram do Kina Luna. Przed budynkiem czekają dwie osoby, nic nie zwiastuje tego, co za chwilę wydarzy się w środku. Przy wejściu małe zamieszanie, a w foyer kina już prawdziwie gorąca atmosfera. Podekscytowani widzowie, fotoreporterzy, flesze, artyści. Dostrzegam Ewę Szykulską i Marzenę Trybałę, widzę kwiaty, które zaraz powędrują na ręce twórców filmu. Sala kinowa tętni życiem do 19.15, o tej porze na ekranie ukazuje się Kolekcja sukienek i publiczność zamiera w pełnym ekscytacji oczekiwaniu. Obok mnie siedzą Monika Richardson i Zbigniew Zamachowski, oboje przez cały czas są wpatrzeni w ekran. Tylko sporadyczne wybuchy śmiechu przypominają o obecności widzów, przez znaczną część projekcji na sali panuje hipnotyczna cisza – publiczność godna pozazdroszczenia. Gdy seans dobiega końca, rozlegają się oklaski i rozpoczyna się rozmowa twórców z widownią.

kolekcja sukienek plakat

Jaka jest Kolekcja sukienek?
Trudna i niejednoznaczna. Osiem portretów kobiet, zamienia się w osiem przepisów na bycie nieszczęśliwą. Wśród bohaterek jest malarka, fryzjerka, dentystka, naukowiec… Matka, babcia, kobieta zamężna i rozwiedziona… Kalejdoskop portretów, mieszanka przeżyć i rozterek, ale wszystkie łączy jedna wspólna cecha – bycie samotną. Chociaż większość bohaterek żyje w otoczeniu życzliwych im osób, nie mają do kogo zwrócić się z tym problemem. Uciekają w alkohol i dalej żyją życiem, które „jakoś tak się potoczyło” i od dawna mocno je uwiera. Osiągają sukcesy, mają zdrowe dzieci i ładne mieszkania, można by powiedzieć – niczego im nie brakuje. Ale czy odgrywanie roli do scenariusza napisanego przez przypadek może dawać satysfakcję? Czy wielkie osiągnięcia znaczą cokolwiek, kiedy nie możemy się nimi z nikim cieszyć?

Te kobiety dzieli pochodzenie, wykształcenie i charakter, ale łączy samotność i postać mężczyzny, który pewnego dnia zjawia się w ich mieszkaniach, aby wysłuchać tego, co chciałyby opowiedzieć komuś bliskiemu. Komu może zależeć na poznaniu największych sekretów ośmiu niezwiązanych ze sobą kobiet i dlaczego wybrał właśnie je?
Kolekcja sukienek nie należy do filmów łatwych w odbiorze – przeplatające się ze sobą monologi wymagają ciągłego skupienia umysłu, a poruszane tematy budzą w odbiorcy ogromne pokłady empatii i chęć sprzeciwu. Nie jest to film, który można zajadać popcornem, ale daje możliwość delektowania się kreacjami aktorskimi złożonymi na różnorodną i nietuzinkową Kolekcję sukienek uszytą na miarę człowieka XXI wieku.

Po pokazie widzowie mogli podzielić się swoimi wrażeniami na temat Kolekcji sukienek z twórcami filmu. Największe wrażenie na publiczności zrobiły złożoność postaci oraz przesłanie Kolekcji. Miarą życiowego spełnienia nie jest przecież ilość przyjaciół, pieniędzy czy sukcesów, ale ilość zrealizowanych marzeń i ilość ofiarowanego dobra. Z widowni popłynęły również słowa nadziei na zobaczenie filmu na największych światowych festiwalach.

Marzena Więcek opowiadała o tym, jak udało się nakręcić film z praktycznie zerowym budżetem. Pieniędzy było na tyle mało, że artyści nie podają kwoty – „Bo jeszcze PISF zacznie myśleć, że robienie filmów za takie pieniądze jest możliwe i zmniejszy dotacje.” Zbigniew Zamachowski (podobnie jak pozostali aktorzy) po raz pierwszy zobaczył film w całości. Był pod tak dużym wrażeniem, że nie mógł swobodnie wypowiadać się na jego temat – pewne myśli wymagają głębszego przemyślenia zanim zostaną wypowiedziane.

Kamila Zygmunt

„Nocny pociąg z mięsem” („The Midnight Meat Train”), 2008, reż. Ryuhei Kitamura

18 List

7210216.3

Na początku chciałbym zaznaczyć, iż także jestem głęboko zażenowany hasłami na tym plakacie.. „Taką rzeźnią jeszcze nie jechałeś”, geez…

Tak czy inaczej, lubię gdy horror nie stara się na siłę opowiedzieć jakiejś wysublimowanej historii, wprowadzić widza w labirynty scenariusza, czy też zrobić z jego mózgu papkę (nomen omen). Gdy film łapie Cię za rączkę i prowadzi do finału bez przeszkód, można wygodnie zasiąść w fotelu i po prostu obejrzeć dobry slasher. „Nocny pociąg z mięsem” wprawdzie wali na koniec obuchem przez łeb, ale do tego jeszcze dojdziemy. Młody, aczkolwiek nie najgorzej radzący sobie w branży Ryuhei Kitamura wziął bardzo fajną obsadę (Vinnie Jones, Bradley Cooper) i zrobił właśnie taki sobie niezbyt skomplikowany film. O czym?

jjqchklwiueaaakopypm

Leon jest fotografem próbującym uchwycić „serce” miasta, czyli nie to co widuje się na pocztówkach, a zwykłe, szare życie szarych ludzi w szarych murach. Nie wystarcza to jednak, aby ująć bardziej znanych fotografów, w tym Susan Hoff, która prosi Leona, aby ten „poprawił jakość swoich zdjęć”, mając na myśli uchwycenie bardziej mrocznych ludzkich aktywności. Udaje mu się to już pierwszej nocy, gdy śledzi grupkę, jak się okazuje, przestępców, którzy napadają młodą kobietę w metrze. Całkiem sprytnym fortelem udaje mu się uratować damę w opałach, która może wsiąść do swojego pociągu. Nazajutrz okazuje się, że kobieta zaginęła bez śladu. Leon łączy owo zaginięcie z osobą Mahogany’ego, rzeźnika, który codziennie czeka na ostatni kursujący pociąg metra. Obsesja, której nabawił się Leon, prowadzi go do prawdy, mrocznej i brutalnej…

W założeniu fajnie i trzeba przyznać, że Kitamura przez 90% filmu dzielnie trzyma się pierwotnego założenia. Wszystkie wątki zazębiają się ładnie, odkrywamy nowe fakty w sprawie, którą Leon się zajmuje, jednocześnie będąc świadkami co raz większej obsesji, na którą zdaje się cierpieć nasz bohater. Jednocześnie warto tu zaznaczyć, że reżyser odszedł tu nieco od schematu np. w rolę ofiar wcielił tu przypadkowe osoby, nie te, które poznajemy w czasie seansu. Nie ma tu więc stereotypów slasherowych, a fabuła może swobodnie kręcić się wokół trzech głównych postaci. Powiedziałbym dwóch, aczkolwiek Maya zaczyna być nieco ważniejsza gdzieś pod koniec filmu. Generalnie jest nieźle, ale mam jedno OGROMNE zastrzeżenie. Zakończenie i wyjaśnienie motywów postępowania psychopaty jest tak pokrętne i wyciągnięte z rękawa, że aż szkoda tak fajnego seansu. Nie znam nikogo, kto nie złapałby się za głowę słysząc słowa pracodawcy Mahogany’ego. Tutaj film strzela sobie w stopę, a wydaje mi się, że nie trzeba by dużo, aby zmienić scenariusz i wprowadzić trochę logiki w wydarzenia ekranowe.

Słówko uznania dla pary głównych aktorów, bo zarówno Bradley Cooper, jak i Vinnie Jones świetnie zagrali swoje postaci. Niby należało się tego spodziewać po aktorach takiego kalibru, jednak miło widzieć zaangażowanie w wypełnianą pracę. Natomiast trzydzieści biczów temu, kto odpowiada za te paskudne efekty 3D. Widać, pod jakie kino robiony był ten film, jednak nie zmienia to faktu, że na „Nocny pociąg z mięsem” czasem aż nie chce się patrzeć. I to właśnie nie z powodu przesadnej przemocy (ba, rzekłbym nawet, że jak na slasher jest całkiem grzecznie), a z powodu tych absolutnie gównianych efektów. A są sceny gdzie Kitamura potrafi się bez tego obejść, innym jednak razem po oczach wali nam „efekt” 3D (podczas gdy na prawdę to leniwa wymówka na brak kreatywności i niechęć pracy przy efektach praktycznych). Może właśnie dlatego oceny dla tego obrazu są stosunkowo niskie (około 6.2/10 na IMDB).

A może dlatego, że „Nocny pociąg z mięsem” to jazda fajna, ale jednorazowa. Nie zostawia nic w pamięci, może poza Mahoganym, cisi mordercy w slasherach zawsze mają u mnie plus, mniej gadania, a więcej roboty, brawo. Poza tym obraz Ryuhei Kitamury poleciłbym dla seansu ze znajomymi, gdzie stracimy niewiele nasłuchując komentarzy rozochoconej publiczności. Obserwujcie główne postacie, delektujcie się przemocą, czasu nie stracicie.

Rafał Świecki

„W cieniu kobiet” (2015), reż. Philippe Garrel

10 List

Emocjonalna pocztówka z Francji

Zamyślony mężczyzna, delikatna muzyka, czarno-biały obraz… Pierwsze skojarzenia? Nowa Fala, Polska Szkoła Filmowa, kino autorskie. Główni bohaterowie są taką parą Niewinnych Czarodziejów, tylko 1600 kilometrów dalej i kilka lat później. Klimat filmu oczarowuje już od pierwszych minut – zaskakująca mieszanka delikatności i nostalgii, a zarazem złości i bólu.

Manon i Pierre są parą w życiu oraz w pracy (chociaż już na początku dowiadujemy się, że to kobieta poświęca się w tym związku, aby pomóc mężowi w realizacji marzeń). Przenosimy się w ich świat, towarzyszymy przy codziennych czynnościach i mniej lub bardziej pasjonujących rozmowach. Zwykłe, chwilami nudne życie, z którym każdy mógłby się identyfikować. W pewnym momencie Pierre poznaje młodą dziewczynę, z którą od razu nawiązuje romans (można by pomyśleć: jakież to francuskie).

7710364.3

Wokół tego wątku opleciony jest cały dalszy ciąg filmu. Każde wyjście Manon to dla Pierre’a okazja do odwiedzenia Elizabeth. Dla tej drugiej, każde odejście kochanka jest ciosem i „koniecznością” śledzenia go. Dzięki zabawą w szpiegowanie dowiadujemy się, że nie tylko jedna strona jest w tym małżeństwie niewierna.

Elizabeth początkowo zataja przed Pierrem odkrytą prawdę, ale w pewnym momencie nie wytrzymuje. Gdy mężczyzna dowiaduje się o kochanku swojej żony, każe jej zerwać znajomość. Wtedy poznajemy jego sposób postrzegania zdrady. Otóż zdrada jest czymś naturalnym dla mężczyzn, ale niespotykanym wśród kobiet. To zrozumiałe, że mąż zdradza żonę, ale zdradzająca kobieta jest już zbrukana i musi liczyć się z pogardą i poniżaniem. Zatem mamy do czynienia z kolejną nierównością w tym związku.

Fabuła nie należy może do zbyt oryginalnych, ale została przedstawiona w tak ciekawy sposób, że z zainteresowaniem oczekujemy dalszego ciągu. Zdecydowanym minusem W cieniu kobiet jest obecność narratora, który wyjaśnia i dopowiada kwestie dość oczywiste, nie pozostawia tym samym widzowi przestrzeni do zastanowienia. Jest to zabieg zbyt nachalny i zbędny.
Widzowie spragnieni mocnych wrażeń i nagłych zwrotów akcji nie znajdą w tym filmie nic dla siebie. W cieniu kobiet zadowoli natomiast odbiorców oczekujących odprężenia i chwili refleksji oraz odrobiny absurdu i dobrego humoru.

Kamila Zygmunt

„Lalki” (2002), reż. Takeshi Kitano

4 List

Bezwolne, emocjonalnie puste, pozbawione racjonalnych myśli, skazane na drugą istotę. Czekające na utraconą miłość przez całe swoje życie. Porzucające ukochanych na rzecz kariery, nawet tej niezgodnej z prawem. Na próżno szukające przebaczenia za dawne winy. Całujące ściany z podobiznami obiektu westchnień. Nieświadome tego, że są kochane. Pragnące śmierci. Lalki Takeshiego Kitano zostawiają widzom swoiste ostrzeżenie odnośnie zatracenia człowieczeństwa.

Po śmierci tak znamienitych reżyserów jak Akira Kurosawa czy Yasujirō Ozu, kinematografia japońska publiczności na całym świecie przywodzi dziś na myśl przede wszystkim wzbudzające niepokój horrory z klasyką Hideo Nakaty na czele (chociażby Ringu); brutalne kino Takashiego Miike; nagradzanego na licznych festiwalach twórcę Klubu samobójców (Jisatsu sâkuru) Shion Sono czy, wreszcie, nierzadko przepełnione poezją dzieła Takeshiego Kitano. Jednym z najsłynniejszych obrazów filmowych reżysera, goszczącym w jego filmografii już od ponad dekady i wciąż zyskującym nowe grono odbiorców, są Lalki (Dolls) z 2002 roku. Ukazuje on trzy historie przepełnione tragizmem, mające swoje odzwierciedlenie (czy też ilustrujące) w spektaklu teatralnym bunraku zatytułowanym The Courier for Hell. Owa sztuka nie powstała na potrzeby filmu i jest obecna w repertuarze Teatru Narodowego w Japonii. Traktuje o dziejach nieszczęśliwej miłości głównych bohaterów, popełniających z jej powodu samobójstwo.

Zauważalną już na pierwszy rzut oka analogię można dostrzec w sylwetkach nakreślonych przez twórcę kinowego Zatoichiego. Oto główny bohater, Matsumoto (Hidetoshi Nishijima), po usilnej namowie rodziców zrywa zaręczyny ze swoją dziewczyną Sawako (Miho Kanno) na rzecz rychłego ślubu z córką własnego szefa. Jak można się domyśleć, ów związek jest czymś w rodzaju kontraktu z finansowymi profitami na horyzoncie przyszłości, a obecność jakichkolwiek uczuć ma marginalne znaczenie. Jednak w dniu ślubu, na wieść o próbie samobójczej ukochanej, Matsumoto porzuca niedoszłą żonę ,,przed ołtarzem” i spieszy jej na ratunek. Ale czy Sawako da się ocalić? I nie chodzi tu bynajmniej o fizyczną reanimację…

W momencie rozpoczęcia przez młodzieńca walki o swoją miłość, swoistego ,,przebudzenia”, widz poznaje bohaterów kolejnej historii: sędziwego szefa yakuzy Hiro (Tatsuya Mihashi) i Ryoko (Chieko Matsubara), którą kochał z wzajemnością w młodości. Porzucił ją dla rozwoju niechlubnej kariery mafijnej w poczuciu, iż musi ,,zasłużyć” na uczucie. Nie wie, że pomimo upływu kilkudziesięciu lat, w każdą sobotę czeka na niego w parku z przygotowanym posiłkiem; nie pozwalając nikomu usiąść obok siebie, gdyż ,,niedługo może zjawić się jej narzeczony”.

Oczekiwanie na, jakby się zdawało, niemożliwe, wszelkimi sposobami próbuje ukrócić mężczyzna z ostatniej ponurej opowieści Kitano. Pracujący na co dzień jako robotnik budowlany Nukui (Tsutomu Takeshige) obsesyjnie kocha się w znanej gwieździe pop, Harunie (Kyoko Fukada). Wolne dni upływają mu na słuchaniu płyt wokalistki, kolekcjonowaniu gadżetów z podobizną dziewczyny i wyczekiwaniu na rozdawanie przez nią autografów. Kiedy Haruna uczestniczy w wypadku drogowym, Nukui niezwłocznie podejmuje przerażające kroki…

plakatŹródło: Filmweb

Lalki miejscami zachwycają przede wszystkim od strony wizualnej. Widz zostaje poddany urokowi krajobrazów roztaczających się wokół symbolicznej drogi, jaką podążają Matsumoto i Sawako; kwitnących wiśni i morskich fal; sielankowego parku, w którym czeka na Hiro jego była dziewczyna; wreszcie – różanego ogrodu będącego miejscem spotkania Haruny i jej psychofana. Odpowiedzialny za zdjęcia Katsumi Yanagishima, pracujący m.in. przy Battle Royale czy amerykańskim seqelu Klątwy, udowodnił swoja estetyczną wrażliwość na piękno. Uwidocznione zostało to chociażby na przykładzie historii Matsumoto, gdzie ważną rolę odgrywają kolory – zimny, nieprzystępny błękit mogący odzwierciedlać depresję Sawako; głęboka nocna czerń na kształt wewnętrznych lęków i zagubienia pary; wreszcie – wszechobecna czerwień obecna na jesiennych liściach, kiedy przemierzają park.

Istotne dla interpretacji Lalek elementy za pomocą intrygujących obrazów zręcznie sygnalizuje sam Kitano, zwracając uwagę odbiorcy na tak z pozoru błahe rzeczy jak groteskową maskę, którą przywdziewają we śnie Sawako półnadzy mężczyźni; figurki amorków stojące na biurku czy różowo-czarny motyl leżący u stóp ukochanej Matsumoto.

Na uwagę zasługuje również gra aktorska – na pierwszy plan wysuwa się tu przede wszystkim Miho Kanno – w rodzimym kraju do czasu występu w Lalkach w świecie filmu znana głównie z horrorów i seriali, doskonale poradziła sobie z trudną rolą Sawako. Jej pogrążona w depresji, nieokazująca emocji, pełna rezygnacji bohaterka pokazywana jest również w retrospekcjach, ukazujących szczęśliwe życie z narzeczonym. Widzom pozwala to na dostrzeżenie zróżnicowanej gamy emocji, z jakimi pierwszorzędnie poradziła sobie Kanno; wzbudzając swą naturalną grą empatię. Warto wspomnieć też o, nieżyjącym już, Tatsuyi Mihashi (znany m.in. z Nieba i piekła samego Kurosawy) w roli Hiro. Niewymuszona gra i stonowana mimika twarzy stanowią klucz do wiarygodności jego postaci; doskonale komponuje się też w duecie z Chieko Matsubarą. Pochwała należy się również Kyoko Fukadzie (Ringu 2), której Haruna, choć głównie pełni rolę ,,reprezentacyjną”, zagrana została z dystansem i aktorską świeżością.

Jednak film Takeshiego Kitano to nie tylko ciesząca oko filmowa forma i niebanalne aktorstwo; odnaleźć można w Lalkach wieloznaczną treść, bogatą w symbolikę. Bohaterowie stworzeni na podobieństwo lalek teatru bunraku, zostają sprowadzeni do roli przedmiotu; biernego obiektu nieuwikłanego w tragizm swojej sytuacji. Tytułowymi marionetkami są tutaj niemalże wszyscy: okrutna w swojej infantylności decyzja Matsumoto, niemogącego oprzeć się woli dominujących rodziców upodabnia go do nieposiadającej mocy kukiełki. Zamknięta w świecie rozpaczy, pragnąca śmierci Sawako, której stan umysłu przywodzi na myśl właśnie lalkę. Samotny szef yakuzy i poświęcająca całe życie uczuciu (czy też bezmyślnemu rytuałowi, jaki uczyniła z cosobotnich wizyt w parku) Ryoko. Śliczna ,,gwiazdeczka” Haruna będąca ładnie ozdobioną figurką w rękach specjalistów od show biznesu i Nukui, obsesyjnie dążący do niemożliwego groupie.

Dramatyczna przestroga, jaką niesie ze sobą film dwukrotnie nominowanego do Złotej Palmy w Cannes reżysera, ostrzega przed ubezwłasnowolnieniem duszy i niebezpieczeństwem, jakie niesie ze sobą niekiedy smutek. To bezwolność i niemoc powoduje, iż Matsumoto w swej metaforycznej wędrówce z Sawako przywiązuje do siebie kobietę sznurem, by w przypadku nagłego ataku obłędu nie wyrządziła sobie krzywdy. Ten symboliczny przedmiot, jakim jest sznur, dodatkowo wzmacnia uczucie oglądania na ekranie nie tyle ludzi, co marionetki. Pojęcie wolności jest zaprzeczeniem istnienia i funkcjonowania lalki – brak woli i słabość, nieoderwalnie związana z jej przedmiotowością wykluczają niezależność i samodzielność. Dyskusyjna jest też wolność Ryoko czekającej na swojego ukochanego, gdyż nie znamy do końca motywów jej postępowania; czy stanowi to ubezwłasnowolniający nawyk, czy też jest spowodowane miłością i tym samym – wolnością samą w sobie. Nukui z kolei, dla uczucia do młodej piosenkarki rezygnuje z podstawowych praw człowieka.

Tak więc choć Lalki miejscami bywają nieco ,,ociężałe’’ pod względem tempa budowanej narracji, chwilami dłużąc się niemiłosiernie (i nie chodzi tu bynajmniej o charakterystyczną cechę japońskich dzieł, lecz jej nadmierną eksploatację); można mieć zastrzeżenia do sposobu ukazania chociażby rodziców Matsumoto, mało wiarygodnych w kontekście ich charyzmy i dominacji (być może celowy zabieg reżysera); mimo drobnych mankamentów pozostają dziełem intrygującym. Jest to niewątpliwie jeden z najbardziej wyrafinowanych filmów twórcy Hana-bi; stanowiący pole do refleksji na temat człowieczeństwa i zgrozy, jaką niesie ze sobą emocjonalna pustka wywołana rozpaczą. Nie tylko wielbiciele reżysera i koneserzy azjatyckiego kina będą po seansie artystycznie dopieszczeni.

Sandra Adamczewska

„Demon” (2015), reż. Marcin Wrona

2 List

„Kochać, jak to łatwo powiedzieć” – śpiewnym tonem przekonywał przed laty Piotr Szczepanik. Rzeczywiście, o miłości mówi się bardzo wiele i często – zwłaszcza w kinie. Tym lepiej, jeśli na horyzoncie pojawia się obraz, który nie sili się na słodko-pierdzące regułki i slogany, a proponuje widzowi oryginalne doznania w interesującej konwencji. Tak przynajmniej wynikało z filmowego zwiastuna.

7707221.3

Peter (Itay Tiran) przyjeżdża z Londynu do Polski, by związać się sakramentem małżeńskim z Żanetą (Agnieszka Żulewska). Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik, gotowi do udziału w tym szczególnym święcie są nie tylko zakochani, ale także ojciec panny młodej (Andrzej Grabowski), czy jej brat (Tomasz Schuchardt). Po uroczystości zaślubin w kościele przychodzi pora na huczne wesele. Przybywa wielu gości, nawet tych nieproszonych. Kolejne wydarzenia zaczynają wymykać się spod kontroli.

Dotychczas na najbardziej hardcore’owe Wesele widzów zaprosił Wojtek Smarzowski – jak na dobrego gospodarza przystało, najpierw zachęcił gości, by ci się wygodnie rozsiedli przy stołach, następnie rozlał im wódkę do kieliszków, po czym… obnażył ich najgorsze wady. Reżyser Demona również zaprasza na filmowe wesele, podczas którego robi przegląd ludzkich przywar, jednak u niego ten element nie jest najistotniejszy. Goście bawiący się kilka lat temu na imprezie u „Smarzola” szybko zorientują się, że nowy gospodarz również czerpie garściami z estetyki swojego kolegi po fachu. Jego kalki jednak nie irytują,  tym bardziej, że reżyser ma do zaoferowania coś więcej. Na jego zabawie oprócz alkoholu, warcholstwa i frywolnych przyśpiewek pojawią się jeszcze: egzorcyzmy, opętania i… żydowski Dybuk. Polskie potańcówki nie mogą obyć się bez takich hitów jak: Ona tańczy dla mnie, Jesteś szalona, czy Bałkanica. W myśl tej ostatniej, zachęcając kogoś do pójścia na Demona można powiedzieć – Będzie się działo – ciekawe, jak ów hasło brzmiałoby w języku Jidysz?

demon-2015-wrona-e1440623076639

Marcin Wrona w Demonie żongluje konwencjami, śmiało korzysta z klasyki kina grozy, strasząc bawi. Reżyser stworzył dzieło utrzymane w klimacie horroru, lecz stricte horrorem z pewnością ono nie jest. Od pierwszych sekund seansu prowadzi widzów przez niepokojące plenery, na ekranie dominują szarości, eksponowane są smutne blokowiska, następnie ukazuje się jeden z głównych bohaterów. Płynie on holownikiem ku brzegowi, przy którym po pas w wodzie znajduje się tajemnicza kobieta – widać, że przeżywa ona osobistą tragedię. W popularnym międzyczasie po miejscowości, w której rozgrywa się akcja Demona przemierza… koparka – na pierwszy rzut oka widać, że z tym miejscem coś jest nie w porządku. Po krótkim wprowadzeniu, zapoznaniu widzów z wiodącymi postaciami, wreszcie po wypowiedzeniu sakramentalnego „tak” przez Żanetę i Piotra, reżyser zamyka wszystkich w stodole (tam odbywa się wesele) – symboliczna kurtyna idzie w górę, pękają pierwsze kieliszki i… rozpoczyna się prawdziwy teatr emocji, w którym prym wiodą przechadzające się po sali dziwne zjawy z przeszłości. Aura grozy i groteski przeplata się z romansem czy romantyzmem – wytwarza się niezwykle smakowita mieszanka.
marcin-wrona-demon-kino-swiat-2015-08-25-007-920x613

W duchy można wierzyć, lub nie, ale seans z Demonem należy do niekłamanej przyjemności. Oczywiście, w trakcie oglądania filmu można mieć wiele zastrzeżeń, jednym z nich może być fakt pozostawienia przez twórców zbyt wielu otwartych furtek, do których próżno po pojawieniu się napisów końcowych szukać kluczyków. Poza tym, gdy na ekran wstępuje lista płac w głowie pojawia się myśl – czy ja mam deja vu? Gdzieś już widziałem podobną historię. To wszystko prawda, jednak przy kapitalnie prowadzonej akcji, gdzie po raz kolejny „na tapecie” są relacje polsko-żydowskie czy ciekawie zbudowanych postaciach, wszelkie niedogodności schodzą na dalszy plan. Niekwestionowanym liderem jest pan doktor – w tę rolę wcielił się Adam Woronowicz. Ukryty pijaczek w białym garniturze, z fryzurą a’la „Notariusz” z wspomnianego Wesela przebija każdego. Każdy, kto go pozna zrozumie, że nawet przy leczeniu kataru nie bardzo można byłoby mu zaufać. Aktor pojawiając się na ekranie kradnie dla siebie każdą sekundę. On po postu gra osobne skrzypce, nie tylko swoim językiem ciała, ale także celnymi w punkt dialogami. Kolejną bardzo dobrą kreację stworzył również filmowy teściu, czyli Andrzej Grabowski. Biznesmen wydający córkę w połączeniu z oglądanym weseliskiem – momentalnie przed oczami pojawia się postać Wojnara. Ojciec Młodej z Demona jest jego lepszą wersją – to taki facet, który trzyma wszystkie sznurki i chce dla córeczki jak najlepiej. Naleje w kieliszek wódki, sam się jej chętnie napije, ale lubi mieć nad wszystkim kontrolę. Dlatego też w momencie pojawienia się kwestii żydowskiej i Dybuka wiele zrobić nie będzie mógł – w tej walce znajduje się z góry na straconej pozycji. Obok wspomnianego duetu warto zwrócić również uwagę także na Itaya Tirana. Aktor rodem z Izraela stanął przed nie lada wyzwaniem – musiał zmierzyć się z opętaniem. Najlepszym przewodnikiem po meandrach szaleństwa z pewnością byłby seans z Egzorcystą Williama Friedkina, trudno powiedzieć, w jaki sposób filmowy Peter przygotowywał się do swojej roli, można jednak uznać, że całkiem przyzwoicie sprostał swojemu zadaniu. Widać, że na ekranie to mężczyźni wiodą prym, osobiście żałuję, że nie wykorzystano pełnego potencjału Agnieszki Żulewskiej – lepsze wykorzystanie pierwiastka kobiecości dodałby opowieści jeszcze większego smaku.

Demon najpierw opętał mnie zwiastunem, by już w trakcie seansu nie wypuszczać z uścisku. Po seansie w głowie kłębi się wiele pytań, w tym to najważniejsze – dlaczego reżyser odebrał sobie możliwość i już nigdy nie pokaże widzom pełni swojego talentu? Demon udowodnił, że był on nietuzinkowy.

Mariusz Janik

Kolejne spotkanie w ramach projektu „ThinkFilM” już w najbliższą środę!

26 Paźdź

Koło Naukowe Filmoznawców UŁ jest jedną ze stron projektu „ThinkFilM”, którego tematyka zainteresowała także niektórych Krytyków i część z nas postanowiła się włączyć personalnie 🙂

28 października o g. 19.00 polski zespół badawczy spotka się z prof. Piotrem Sitarskim, pracownikiem Zakładu Historii i Teorii Filmu UŁ.

Przypomnijmy, że międzynarodowy projekt „ThinkFilM” odbywa się w ramach programu Erasmus+. Przedsięwzięcie ma na celu przyjrzenie się sposobom edukacji filmowej w Polsce, Czechach, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Zebrane doświadczenia mają posłużyć w stworzeniu koncepcji nowoczesnej placówki filmowo-edukacyjnej w Pradze: Narodowego Muzeum Filmowego (Národní filmové muzeum – NaFilM).

ulotka - wersja krótszaby Maja Sokół

Najważniejsze informacje:
Kiedy? 28.10, g. 19.00
Gdzie? Wydział Filologiczny UŁ, ul. Pomorska 171/173, s. 1.06
Temat? „Edukacja filmowa w polskich podręcznikach szkolnych”

Wstęp wolny.

„Bitwa o Irak” (2007), reż. Nick Broomfield

28 Maj

Zło wojny czy tych, którzy ją prowadzą?

Wojna to temat niezwykle medialny. Środki masowego komunikowania bombardują nas codziennymi relacjami z frontów, statystykami ofiar śmiertelnych, zdjęciami zabitych. Zagadnienie to stanowi także przedmiot zainteresowania twórców filmowych, o czym świadczy choćby fakt ukształtowania się odrębnego gatunku – filmu wojennego. Temat konfliktów zbrojnych w 2007 roku zainteresował również Nicka Broomfielda, który w swojej Bitwie o Irak podjął się rekonstrukcji sytuacji, jaka miała miejsce 19 listopada 2005 roku w miejscowości Haditha, zwanej Miastem Śmierci. Tego dnia marines, w odwecie za śmierć jednego z nich, dokonali pogromu w irackiej miejscowości – zabili 24 osoby cywilne, w tym kobiety i dzieci. Przynajmniej piętnaścioro z zamordowanych w żaden sposób nie było zaangażowanych w rozgrywające się działania zbrojne.

Reżyser Bitwy o Irak, pytany, dlaczego zdecydował się na realizację tego filmu, tłumaczy: „Mimo ogromnej ilości relacji dotyczących wojny w Iraku w mediach, zauważyłem, że większość ludzi nie rozumie, co się tam naprawdę dzieje. Mamy pod dostatkiem informacji na temat logistyki wojny, ale w transmisjach nie ma mowy o humanitaryzmie – a raczej jego braku. Pokazywane w telewizji eksplozje i pożary oraz natłok informacji sprawiają, że bombardowany nimi świat staje się obojętny”[1].

aŹródło: Filmweb

Film Broomfielda ma postać fabularyzowanego dokumentu. Reżyser przywołuje w nim dane statystyczne, liczbę ofiar, plansze z faktami. Za najważniejszy cel twórca postawił sobie stworzenie wiarygodnego obrazu wydarzeń. Autentyczność miała zostać zwiększona poprzez znaczną improwizację w zakresie dialogów, wykorzystanie naturszczyków oraz żołnierzy, którzy walki w Iraku widzieli na własne oczy. Broomfieldowi udało się również dotrzeć do tych marines, którzy 19 listopada 2005 roku znajdowali się w miejscowości Haditha, do ocalałych Irakijczyków, a także do świadków wydarzenia[2]. Paradokumentalny charakter filmu, budowany m.in. przez zastosowanie zdjęć „z ręki”, improwizowane dialogi czy wykorzystanie jako aktorów marines sprawia, że film wydaje się jeszcze bardziej brutalnym. Zło wojny, które istnieje w ludzkiej świadomości od dawna, a już na pewno od czasu wojny w Wietnamie, staje się przerażające i bardzo wiarygodne.

Powstaje jednak pytanie, czy to w samej wojnie tkwi zło? Może jego przyczyn i istoty poszukać trzeba gdzieś indziej? Przecież żołnierze jedynie wykonują rozkazy – jeden z nich mówi: Każdego ranka budzę się i idę na taki sam patrol jak wczoraj. W sumie jedyną rzeczą, o którą walczę, o którą wiem, że walczę, jest to, by nie dać się zabić i móc wrócić do domu. Nie wiem, dlaczego tutaj jesteśmy. To znaczy wiem, ale nie wiem. Kurde, nie wiem, dlaczego tu jesteśmy. Żołnierze zabijają, by przetrwać albo dlatego… że ktoś ich do tego wyszkolił. Istnienie podmiotów zainteresowanych prowadzeniem wojen zauważono już wiele lat temu. Hermann Goring w czasie procesu norymberskiego powiedział: „Oczywiście, zwykli ludzie nie chcą wojny, ale w końcu to przywódcy kraju określają politykę i zawsze łatwo jest pociągnąć za sobą ludzi, niezależnie, czy jest demokracja, faszystowska dyktatura, parlament czy dyktatura komunistyczna. Mając głos czy go nie mając, ludzie zawsze mogą być podporządkowani przywódcom. To łatwe. Jedyne, co trzeba zrobić, to powtarzać ludziom w kółko, że są atakowani, oraz potępiać pacyfistów za brak patriotyzmu i narażanie kraju na niebezpieczeństwo. To działa w każdym kraju”[3].

David Grossman w swoje książce O zabijaniu podaje trzy mechanizmy wykorzystywane podczas szkolenia żołnierzy: odczulanie, warunkowanie i obronne mechanizmy wyparcia[4]. Pierwsza technika polega na dehumanizacji przeciwnika, odbieraniu mu człowieczeństwa (np. myślenie o Wietnamczykach jako o żółtkach, obecne podczas wojny w Wietnamie). Warunkowanie to wykorzystywanie systemu kar i nagród podczas szkoleń i treningów. Ma ono na celu nauczyć żołnierzy nie tylko zabijać, ale również oddać szybki strzał. Zadaniem marines jest: strzelać do wszystkiego, co się rusza, bo człowiek to jedynie ruchomy cel. Obronne mechanizmy wyparcia są zaś podświadomą metodą radzenia sobie z traumatycznymi przeżyciami, wynikającą z automatyzacji reakcji żołnierzy. Swoich przeciwników żołnierze zaczynają postrzegać w kategoriach celów, które należy „zdjąć”.

Najwyraźniejszym problemem prezentowanym w Bitwie o Irak staje się ukazanie amerykańskiego żołnierza – rozdartego między dobrem a złem, własną wolą a przymusem, wyborem a koniecznością. Ambiwalencja amerykańskiego żołnierza wynika z umieszczenia go w szerszym kontekście. Znajomość metod szkolenia marines pozwala dostrzec przede wszystkim zło systemu, który niszczy jednostki – odbiera im człowieczeństwo i wolność wyboru (ulegają automatyzacji i reagowaniu na pojawiający się bodziec).

Wojna nie jest stanem naturalnym, który istnieje „sam z siebie”. Zawsze musi się pojawić ktoś, kto ją rozpocznie. Niestety, najczęściej jest tak, że zwierzchnikom państwowym zależy na realizacji jakiegoś konkretnego celu, dlatego decydują się na rozpoczęcie działań zbrojnych. Narzędziem walki na froncie staje się dobrze wyszkolona armia, którą ćwiczy się w zabijaniu. Nie wszyscy jednak dostrzegają problem natury psychologicznej związany z dramatem walczących żołnierzy. Brutalne sceny, w których stają się aktorami albo chociaż świadkami, wpływają silnie na ich psychikę i pozostają niezapomniane długo po zakończeniu konfliktu. Ostatnie słowa wypowiedziane w filmie brzmią: To, co widzieliśmy, będzie nas prześladować przez resztę życia. Po jakimś czasie uodparniasz się. Popadasz w odrętwienie.

W Bitwie o Irak żołnierze nie są poddani ocenie. Zresztą, jak pokazuje film, oceny są bardzo subiektywne i niezwykle zmienne. Po akcji kapral Ramirez zostaje awansowany i rekomendowany do odznaczenie Brązową Gwiazdą, a 8 marca 2006 roku oskarżony o trzynaście morderstw. Zaprezentowanie działań marines – podjęcia decyzji o masakrze wśród ludności cywilnej – nie jest przez reżysera potępione. Niektórzy uważają, że podczas wojny zawieszone zostają wszelkie prawa etyki. Niebezpiecznym byłoby przyjęcie, że zawsze tak jest. Na pewno jednak zmienia się wtedy spojrzenie na niektóre kwestie, dochodzi do przeformułowania kodeksów wartości. Zło, które w tym przypadku przybiera postać wojny, jest niczym wirus – zaraża i sieje spustoszenie. Warunkowani i odczulani żołnierze są wyszkoleni niczym pies Pawłowa – pociągają za spust w sposób natychmiastowy. Kto ponosi winę za taki, a nie inny sposób zabijania? Państwo czy sami żołnierze? Trudno odpowiedzieć. Nie ma jednak wątpliwości, kto ponosi psychiczną karę…

Agnieszka Barczyk

[1] Bitwa o Irak [on-line:] http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=31458&sekcja=2 [10.04.2011].

[2] Zob. Tamże.

[3] S. Zgliczyński, Hańba iracka. Zbrodnie Amerykanów i polska okupacja Iraku 2003-2008, Warszawa 2009, s. 81.

[4] Zob. D. Grossman, O zabijaniu, tłum. D. Konowrocka, Warszawa 2010 .

„Zagadka Nieśmiertelności” (1983), reż. Tony Scott

15 Maj

Nieodżałowany brytyjski reżyser Tony Scott, brat Ridleya w 2012 roku odebrał sobie życie – miał 68 lat. W trakcie swojej twórczej kariery pokazał światu blisko dwadzieścia filmów, z których większość pamiętamy do dziś. Wśród tytułów, które wyszły spod jego ręki znalazły się m.in.  Top Gun, Ostatni skaut czy Prawdziwy romans. Jednak zanim Scott wszystkich zdążył zachwycić kasowymi dramatami, zanotował swój tzw. pierwszy raz. W 1983 roku zadebiutował Zagadką nieśmiertelności.

Miriam (Catherine Deneuve) jest atrakcyjną wampirzycą. Mieszka wraz ze swoim kochankiem Johnem (David Bowie) w jednym z domów na nowojorskim Manhattanie. Ich sielskie życie zostaje jednak zakłócone przez proces ekspresowego starzenia się mężczyzny. Jedynym ratunkiem dla wspólnego szczęścia jest pracująca nad efektem długowieczności niejaka doktor Sara Roberts (Susan Sarandon).

Napisać, że Zagadka nieśmiertelności jest horrorem, to tak jakby nic nie napisać. Tony Scott stworzył kino wielogatunkowe, które zmysłowo przeplata się, tworząc szeroki pejzaż o nieograniczonych możliwościach. Na ekranie można odnaleźć elementy dramatu, baśni czy romansu. Całość została utrzymana w mrocznej i przeraźliwie mroźnej tonacji, gdzie kluczową rolę odgrywa kontrast i gra obrazem. Zdjęcia, za które odpowiedzialny jest Stephen Goldblatt mocno niepokoją czy nawet przerażają. Ich autor z pewnością wie jak budować nastrój, widać również, że nauki pobierał od mistrzów, którzy przed laty raczyli kinomanów opowieściami o Nosferatu, czy Draculi. Efekt wizualny został dodatkowo podkreślony kapitalną charakteryzacją i uzupełniony przez psychodeliczną, zapętloną ścieżkę dźwiękową. W kilku fragmentach te elementy wywołują na ciele widza gęsią skórkę. Jeśli ktoś ma kłopoty z sercem, powinien odpuścić sobie ten seans. Wszyscy pozostali film niech zgaszą światło i raczą się projekcją. Strach zajrzy wam w oczy niejednokrotnie i będzie to niezwykle słodko-gorzkie przeżycie.

1983 The hunger - El ansia (ing) 01

Nie wspomniałem jeszcze o aktorach. Szczerze mówiąc, najbardziej do gustu przypadła mi krwiożercza Miriam. Deneuve w roli wampirzycy prezentuje się bardzo naturalnie i stylowo. Trudno nie ulec jej urokowi. Podobne wrażenie towarzyszyło mi, gdy obserwowałem Tildę Swinton u Jima Jarmuscha w niedawnym Tylko kochankowie przeżyją. Zresztą oba tytuły są do siebie podobne, opowiadają o podobnych problemach, choć w dość różny sposób. U Scotta motywem przewodnim jest tytułowa Zagadka nieśmiertelności i próba odpowiedzi na pytanie – czy długowieczna miłość jest w ogóle możliwa? Bohaterowie ochoczo wypowiadają kwestię „na zawsze”. Szybko się jednak okazuje, że miejsce dla wieczności znajduje się pod wiekiem zakurzonej trumny gdzieś w domowej krypcie.

Bardzo ciekawym zabiegiem zastosowanym przez twórców w tym debiutanckim dziele jest porównanie wampirów do ćpunów, którzy bez odpowiedniej dawki wyssanej krwi nie mogą odnaleźć się w otaczającej ich rzeczywistości. Zresztą „głód” występuje nie tylko w tej historii, ale również w jej oryginalnym tytule (The Hunger – przyp.)  „Metoda na głoda” jest tylko jedna – z pewnością to nie spożycie popularnego serka homogenizowanego, trzeba wyszukać odpowiednią osobę i… zasmakować jej posoki. Wampiry wysysające krew, wszechobecny mrok czy diabelska muzyka – wszystkie te elementy znacząco podnoszą ocenę „pierwszego razu” Tony’ ego Scotta. Prawdziwym „cream of the crop” tutaj jest jednak pełna zmysłowości i subtelnej erotyki kontrowersyjna scena z udziałem Catherine Deneuve i Susan Sarandon. Obie aktorki w bardzo odważny sposób unaoczniły w niej widzom, czym tak naprawdę jest namiętność dwojga zafascynowanych sobą ludzi. Jest to jeden z tych fragmentów, które jeszcze długo po seansie pozostaje w pamięci.

O samym filmie również można tak powiedzieć. To prawdziwa wisienka na torcie w filmografii Tony’ ego Scotta. Jest to zaskakujące, nie tylko ze względu na późniejsze dokonania reżysera, ale również dlatego że to debiut. Łezka w oku się kręci, myśląc, że tak zdolny twórca już nigdy nie zachwyci świata swoim geniuszem.

8/10

Mariusz Janik

Spotkania z gatunkami: Komedia (15-16.05.2015 r.)- Program

11 Maj

III Sesja Naukowa - Komedia-page-001 III Sesja Naukowa - Komedia-page-002 III Sesja Naukowa - Komedia-page-003 III Sesja Naukowa - Komedia-page-004